You are currently viewing Haniebna rocznica

Haniebna rocznica

  • Post author:
Udostępnij:

Dziś ważna rocznica w dziejach Polski. Przeczytajcie tekst polonijnego publicysty, Wiktora Moszczyńskiego.

Reklama

Równo sto lat temu, 16 grudnia, miała miejsce najbardziej hańbiąca dla Polski zbrodnia w jej dziejach nowoczesnych.

Po odzyskaniu niepodległości i po wywalczeniu swoich granic, Polska przygotowywała się na okres pokojowego rozwoju w strukturze demokratycznej określonej w nowej tzw. marcowej konstytucji z roku 1921. Ale ta konstytucja zawierała kompromis oparty na osłabieniu władzy wykonawczej, a szczególnie w ograniczeniu uprawnień prezydenta, i na uzależnieniu kierunku państwa od Sejmu i umów jego stronnictw. Konstytucja była wymierzona przeciw jednej mocnej osobowości jakim był Józef Piłsudski, który jako dotychczasowy Naczelnik państwa posiadał mocniejsze uprawnienia z których korzystał. Wrogom Piłsudskiego nie chodziło tylko o obawy personalne potencjalnej dyktatury Piłsudskiego, ale również o ideologiczną  konfrontację dwóch konkurujących ze sobą koncepcji państwa polskiego.

Koncepcja Piłsudskiego oparta była na odtworzeniu Polski przedrozbiorowej, wielonarodowej, skupiającej mniejszości które, pod patronatem polskim, mogą się bronić skutecznie przed imperializmem rosyjskim, niezależnie czy carskim czy bolszewickim. Było to pojęcie federacyjne w której znalazło by się miejsce dla Ukraińców, Białorusinów, Niemców, Żydów, Litwinów i innych mniejszości na zasadzie pełnego równouprawnienia. Piłsudski, może nieco naiwnie, liczył na to że taki układ narodowościowy zabezpieczy zewnętrzne bezpieczeństwo i wewnętrzny spokój na tle narodowościowym, religijnym i kulturalnym.  Była to koncepcja nieco archaiczna, która była mylnie odczytana przez państwa zachodnie jako forma polskiego imperializmu. W praktyce nie była strawna też dla wielu tych narodowości które znalazły się w ostatecznych granicach Polski po podpisaniu traktatu ryskiego, lub zdecydowały na pełną suwerenność, jak akurat Litwini. Po traktacie ryskim, musiały zmagać się z potencjalną polonizacją w Polsce i rusyfikacją w Rosji Sowieckiej. Dlatego jego koncepcja stała się z czasem coraz mniej realistyczna.

Ta koncepcja była również nie do przyjęcia dla obozu narodowościowego, zwanego wówczas pod nazwą Narodowej Demokracji (endecy). Ich główny ideolog, Roman Dmowski, miał inną o dużo bardziej nowoczesną na te czasy koncepcję polskiego państwa narodowego, w której inne mniejszości poddane byłyby ewentualnej asymilacji, albo wyparcia. W ówczesnych granicach ilość etnicznych Polaków wynosiło zaledwie 70%. Istnienie około 6 milionów Ukraińców i 1,5 miliona Białorusinów żyjących na wschodnich terenach, i około 3 miliony Żydów i 1 milion Niemców rozproszonych po całym kraju, było dla endeków powodem niepokoju, a nie dumy. Wrogość tego obozu politycznego wobec tych mniejszości narodowych, a przede wszystkim wobec Żydom, zapowiadało stałe wewnętrzny konflikty na tle narodowościowym i politycznym. Antysemityzm był stałym wątkiem dużej części Polaków w tym czasie, podżegany na tle religijnym, kulturalnym i gospodarczym, szczególnie w bardziej prymitywnych terenach wiejskich i małych miasteczkach. Właśnie ta obawa że naród polski zostanie w jakiś sposób wynarodowiony przez te mniejszości narodowe był powodem dlaczego negocjatorzy polscy traktatu ryskiego, chcieli nawet zmniejszyć ilość terenów ukraińskich i białoruskich na wschodzie znajdujących się pod władzą polską. Na tej zasadzie delegacja polska odmówiła przyjęcia wewnątrz granic Polski Mińska, okupowanego już przez wojsko polskie.

Roman Dmowski pisał wówczas „Państwo może stworzyć tylko naród zdrowy, silny, liczny, spójny i silnie do swej odrębności przywiązany. Państwo polskie stworzy przede wszystkim naród polski, z rdzennej polskiej ludności złożony, polską żyjący kulturą.” Dla wielu narodowców Piłsudski i partie lewicowe były widziane jako wrogowie takiego spójnego jednonarodowego państwa, gotowi rzekomo poddać Polskę interesom obcych mocarstw i zmyślonym konspiracjom masońskim i żydowskim. Ten zasadniczy konflikt o przyszłość Polski stał się podłożem dramatu wyborów prezydenckich i zamordowania prezydenta w grudniu 1922.

Były to wybory na pierwszego prezydenta nowej Rzeczpospolitej Polski. Ogólnie przyjęto że kandydatem z największą szansą wygrania wyborów był sam Józef Piłsudski. Endecja wystawiła przeciwko niemu demonstracyjną kandydaturę ziemianina Maurycego Zamoyskiego, który był oponentem proponowanych wówczas reform rolnym. Wiedziała że kandydaturę Piłsudskiego Zamoyski nie pokona. Dwa główne stronnictwa ludowe też nie mogły poprzeć Zamoyskiego. PSL „Piast” zgłosiło na kandydata, Stanisława Wojciechowskiego, a PSL „Wyzwolenie”, Gabriela Narutowicza. Ale marcowa konstytucja przeznaczała prezydentowi rolę niemal tylko ceremonialną, podobną do roli króla Wielkiej Brytanii. Piłsudski wycofał więc swoją kandydaturę i poparł kandydaturę Wojciechowskiego, który został wówczas faworytem na wygranie wyborów.

9 grudnia doszło do głosowania w Zgromadzeniu Narodowym.  W pierwszych trzech głosowaniach odpadli kandydaci z mniejszą ilością głosów. W głosowaniu czwartym głosy mniejszości i socjalistów skierowane zostały do Narutowicza, na skutek którego odpadła kandydatura faworyta Wojciechowskiego. Ku ogólnemu zdumieniu społeczeństwa, a szczególnie endecji, w ostatecznym piątym głosowaniu Zamoyski uzyskał 227, a Narutowicz 289. Narutowicz, liberał, wybitny inżynier żyjący wiele lat w Szwajcarii, a ostatnio polski minister spraw zagranicznych, został ogłoszony prezydentem. Piłsudski, choć zaskoczony tym wynikiem, przyjął go pozytywnie, bojąc się jednak o rozwścieczone nastroje społeczne.

Natomiast prawica nie chciała przyjąć do wiadomości niespodziewany wynik wyborów i wpadła w histeryczny szał nienawiści i negacji, podobnej do reakcji Donalda Trumpa na wyniki wyborów w roku 2020. Gazety prawicowe oskarżały Narutowicza że jest wrogiem polskiego narodu, kosmopolitą, masonem, „sprzyjającym międzynarodowemu żydostwu”, a jego wybór głosami mniejszości był, w słowach redaktora Stanisława Strońskiego, „wyzwaniem rzuconym narodowi polskiemu” i „zaporą”. Zapowiadano że „popłyną rzeki krwi”. 10 grudnia wszystkie gazety endeckie opublikowały oświadczenie podpisane przez przywódców obozów prawicowych, m. inn. przez Wojciecha Korfantego, przywódcy trzeciego powstania śląskiego, byłego posła do sejmu austriackiego i wybitnego parlamentarzysty, Stanisława Głąbińskiego, negocjatora traktatu ryskiego, Stanisława Grabskiego, członka wojennego Komitetu Narodowego w Paryżu, Mariana Seydy, i innych polityków prawicy, domagające się rezygnacji Narutowicza. To tak jakby pewna część założycieli wolnej Polski, w frustracji i poniesionym gniewie, chciała teraz tą Polskę pogrzebać. Zaskaujące jak łatwo takie autorytety moralne zamieniły się w naganiaczy nienawistnych tłumów i prawicowych bojówek.

11 grudnia miało odbyć się zaprzysiężenie nowego prezydenta w Sejmie. W ostaniej chwili premier Julian Nowak wycofał się z akomponowania prezydentowi w podróży. Prawicowe tłumy, wzburzone propagandą prawicową i chęcią zniszczenia tej „zapory”, starały się powstrzymać przyjazd nowego prezydenta do Sejmu, obrzucając jego otwartą karocę błotem i brudnym śniegiem, blokując nawet w pewnym momencie jego drogę barykadą. Policja stała szpalerem salutując ale w ogóle nie ruszając się aby obronić prezydenta. Prezydent wykazał wielką odwagę i zimną krew. Prawicowa opozycja zbojkotowała sesję przysięgi, a bojówki prawicowe starały nie dopuścić posłów centrum i lewicy do sejmu. Na pomoc tym ostatnim przybyły demonstracje i bojówki PPS. Na Placu Trzech Krzyży odbyła się strzelanina na skutek którego zginął jeden robotnik. W końcu Narutowicz złożył przysięgę zgodnie z konstytucją. Na ulicach Warszawy i innych miast, demonstracje odbywały się dalej, domagające jego ustąpienia z urzędu. W demonstracji protestacyjnej gen Józef Haller, bohater Armii Błękitnej, przemawiał z własnego balkonu o „sponiewieranej Polsce” i nawoływał do kontynuowania protestów. „Odruch wasz jest wskaźnikiem, iż oburzenie narodu, którego jesteście rzecznikiem, rośnie i wzbiera jak fala! O ile obecny odruch stolicy nie będzie słomianym ogniem – zwyciężymy!” Prezydent dostawał liczne anonimy grożące śmiercią. Wydawało się że wojna domowa wisiała na włosku.

12 grudnia Narutowicz postarał powołać nowy rząd w porozumieniu ze wszystkimi partiami w Sejmie, ale Głąbiński, w imieniu narodowców, odmówił udziału i domagał się dalej jego rezygnacji. Trwały więc rozmowy do powołania rządu pozaparlamentarnego. Tekę spraw zagranicznych Narutowicz ofiarował byłemu konkurentowi Zamoyskiemu.

16 grudnia prezydent Narutowicz otwierał wystawę w warszawskim Towarzystwie Zachęty Sztuk Pięknych. W czasie wizyty w galerii obrazów prezydent został postrzelony trzy razy przez malarza Eligiusza Niewiadomskiego. Rany okazały się śmiertelne. W popłochu, gdy spanikowany tłum opuścił budynek, butny zamachowiec stanął w miejscu dumnie oczekując aresztowania przez służby bezpieczeństwa.  Gdy do niego architekt Witkiewicz zawołał „Jak mógł Pan podnieść rękę na pierwszego obywatela Polski?”, krzyknął „Za pieniądze żydowskie wybranego!”. Obecny na Zachęcie, gen. Haller zareagował obojętnie, ale poseł socjalistyczny zawołał do niego „Krew ta spada na Twoją głowę.” Pojedynkowali się potem.

Okazało się że Niewiadomski działał samowolnie, bez niczyjego nakazu. Widział siebie, nie jako zbrodniarza, ale oswobodziciela. Działał w nienawiści pobudzonej przez polemistów prasy narodowej, jak Stanisław Stroński i ks. Kazimierz Lutosławski. Na krótko ucichło w prasie prawicowej i odsunięto się od czynu Niewiadomskiego. „Ciszej nad tą trumną,” nawoływał Stroński, obawiając się moralnego odwetu, a nawet fizycznego, ze strony lewicy i piłsudczyków. Faktycznie, warszawska PPS, w porozumieniu z grupą piłsudczyków i byłych działaczy POW, szykowała sie na wielki odwet, który pogłębiłby dalszy rozlew krwi, a nawet stworzył możliwy pucz.

Na szczęście, Ignacy Daszyński, przywódca krajowy PPS, w płomiennym przemówieniu namówił socjalistów do powstrzymania się od odwetu, a marszałek sejmu Maciej Rataj, w porozumieniu z Piłsudskim, powołał nowy rząd z premierem generałem Władysławem Sikorskim, który wprowadził stan wyjątkowy, obsadzając wojskiem ulice i główne obiekty państwowe. Zagroził użyciem wojska „nie rozróżniając niewinnych od winnych.” Nastąpił tymczasowy spokój. Cztery dni po śmierci jednego prezydenta, wybrano jego następcę, Stanisława Wojciechowskiego, i to tą samą różnicą głosów co poprzednio. Wynik przyjęto tym razem bez dalszych ekscesów.

Ale skutki tej zbrodni, obciążające polskie elity, były dla Polski bardzo niekorzystne. Po pierwsze, Piłsudski był tak roztrzięsiony zamachem na Narutowicza, że stracił ostatecznie zaufanie do ustroju politycznego w którym stronnictwa polityczne mogły w tak nieodpowiedzialny sposób zarządzać krajem i paraliżować skuteczność władzy wykonawczej. Nienawiść jego szczególnie było skierowana wobec działaczy endeckich. Najpierw osunął się od władzy, a potem siłą ją odebrał, organizując udany zamach majowy w roku 1926. Zarówno zabójstwo pierwszego prezydenta, jak i zamach majowy, obniżyły prestiż Polski w szeregach państw demokratycznych i uzależniały ją coraz bardziej od współpracy z państwami rządów bardziej autorytarnych. Było to dodatkowym przyczynkiem do osamotnienia Polski w roku 1939.

Drugim ujemnym skutkiem zbrodni był brak obywatelskiej odpowiedzialności za ten czyn. Sam zamachowiec Niewiadomski, postawiony przed sądem, skazany został na rozstrzelanie, ale po jego płomiennej mowie na sali sądowej, okrzyczany został w prasie prawicowej jako męczennik i bohater narodowy. Biskupi apelowali aby jednak kościoły nie organizowały mszy żałobne za zbrodniarza.  Daremnie. Mogiła Niewiadomskiego na Powązkach przez wiele lat zasypywana była kwiatami. Poza Niewiadomskim, nikt inny z przywódców prawicowych nie poniósł żadnych konsekwencji prawnych. Korfanty, Głąbiński, Stroński, Haller, Seyda nie stracili poszanowanie w swoich szeregach partyjnych, a nawet, z czasem, w szerszym społeczeństwie. Stroński, Haller i Seyda służyli w rządzie emigracyjnym generała Sikorskiego. Na emigracji Stroński był przez wiele prezesem Związku Pisarzy Polskich; Hallera pamiętam otoczonego nimbem legendarnego bohatera, modlącego się każdej niedieli w pierwszej ławce w kościele na Ealingu. Ich autentyczne zasługi dla Polski zaćmiły w pamięci Polaków ich rolę w najbardziej haniebnej zbrodni Drugiej Rzeczypospolitej.

A ta nienawiść wobec przeciwników politycznych i ślepy nacjonalizm wciąż ujawniają się jak upiór przeszłości w dzisiejszej Polsce, a w postaci Pawła Adamowicza, prezydenta miasta Gdańsk, widzieliśmy już pierwsze ofiary. Oby nie było ich więcej.

 

Wiktor Moszczyński                                     Tydzień Polski    16.12.2022

Reklama

Udostępnij: