Czy w szumie informacyjnym wokół relacji polsko-ukraińskich nie daliśmy się wkręcić w genialnie zastawioną pułapkę? Podczas gdy Warszawa i Kijów fundują sobie festiwal dyplomatycznego chłodu, a emocje wokół polityki historycznej władz Ukrainy sięgają zenitu, prawdziwi reżyserzy tego spektaklu zacierają ręce. Czas wyciągnąć lekcję z historii, zanim bezwiednie odegramy role, które ktoś nam rozpisał przy zielonym stoliku – nie tylko w Moskwie, ale i przy cichym zadowoleniu Berlina.
Od lat kręcimy się wokół tego samego, niszczącego schematu. Z jednej strony mamy Ukrainę, która w obliczu wojny szuka najprostszych symboli oporu i na poziomie państwowym bezrefleksyjnie sięga po postać Stepana Bandery – traktując ją jak pop-kulturowy, antyrosyjski slogan. Z drugiej strony mamy Polskę, gdzie te same gesty na szczeblu dyplomatycznym budzą absolutnie zrozumiały ból, opór i pamięć o niewyobrażalnym dramacie Wołynia. Obie strony utknęły w swoich bańkach, emocje wzięły górę nad chłodną analizą, a my stajemy się podręcznikowymi pożytecznymi idiotami w cudzej grze. Gra ta nie toczy się jednak o prawdę historyczną, ale o cyniczne przetasowanie stref wpływów w Europie.
Służby robią to od stu lat. Poznajcie mechanizm „Ghost”
Wpuszczanie całych narodów w maliny to stare rzemiosło wywiadu, a kreowanie wielkich mistyfikacji to standard w prowadzeniu wojen informacyjnych. Dokładnie sto lat temu sowieckie służby przeprowadziły legendarne operacje infiltracyjne – z głośną operacją „Zaufanie” (Trust) na czele.
Mechanizm był prosty, ale przerażająco skuteczny. Sowieci stworzyli od zera fałszywą, podziemną organizację, która udawała, że prowadzi na terenie ZSRR potężną walkę antykomunistyczną. Przedwojenny polski wywiad dał się złapać na ten haczyk. Polscy oficerowie byli święcie przekonani, że pomagają prawdziwym patriotom, więc słali za wschodnią granicę pieniądze, sprzęt i kurierów. W rzeczywistości wszystkim od początku do końca sterowała Moskwa. Sowieci sami kontrolowali radykalizm tej grupy, eliminowali za jej pomocą realną opozycję i rozgrywali Polaków jak marionetki, karmiąc ich dokładnie takimi informacjami, jakie Warszawa chciała usłyszeć.
Identyczny schemat, nowe dekoracje
Dzisiejszy mechanizm działa dokładnie na tej samej zasadzie, choć narzędzia cyfrowe dały mu globalny zasięg. Rosyjska agentura wpływu od dekad po cichu podsycała, finansowała i promowała na Ukrainie najbardziej jaskrawe, kontrowersyjne symbole narodowościowe. Cel był i jest jeden: podsunąć Ukraińcom taki fundament tożsamości, który automatycznie odepchnie od nich Zachód, a przede wszystkim Polskę – ich kluczowego strategicznego sojusznika.
Ten plan niestety działa na zasadzie sprzężenia zwrotnego. Emocjonalna reakcja polskiego społeczeństwa na gloryfikację zbrodniarzy jest natychmiast wychwytywana przez rosyjskie farmy trolli, które potęgują gniew w naszej przestrzeni internetowej. Co ciekawe, ten sam wyhodowany mit służył Kremlowi do użytku wewnętrznego. Bez sztucznie napompowanego straszaka nacjonalizmu na Ukrainie, Władimirowi Putinowi znacznie trudniej byłoby uzasadnić przed własnym społeczeństwem brutalną inwazję pod hasłem rzekomej denazyfikacji. Moskwa sama stworzyła potwora, którym później zaczęła straszyć świat.
Kto otwiera szampana? Śmiertelna pułapka dla Kijowa i Warszawy
Na obecnym klinczu dyplomatycznego zyskuje jednak ktoś jeszcze. Izolacja Kijowa w relacjach z Warszawą zmusza ukraińskie władze do gorączkowego szukania innego silnego protektora w Europie. Tym protektorem stają się Niemcy. Berlin, który przez pierwsze miesiące wojny wykazywał dalece posuniętą wstrzemięźliwość, dziś wyrasta na głównego rozdającego karty w procesie integracji Ukrainy z Zachodem.
Dla władz w Kijowie to jednak śmiertelnie niebezpieczna iluzja bezpieczeństwa. Szukanie oparcia w Niemczech kosztem relacji z Polską to geopolityczne samobójstwo. Historia uczy bowiem, że niemiecka dyplomacja posiada ogromną łatwość wchodzenia w pragmatyczne, wielomiliardowe interesy z Rosją ponad głowami państw Europy Środkowo-Wschodniej. Tradycyjne dążenie Berlina do zapewnienia sobie tanich surowców energetycznych i wielkich rynków zbytu na Wschodzie zawsze było, jest i będzie nieskończenie ważniejsze niż podmiotowość Ukrainy czy interesy bezpieczeństwa Polski.
Koncert mocarstw działa według brutalnych reguł. Jeśli Polska i Ukraina ostatecznie zerwą strategiczny sojusz z powodów historycznych resentymentów, Berlin i Moskwa nie będą miały żadnych skrupułów. Historia pokazuje, że wielkie państwa potrafią układać relacje zgodnie z własnym interesem. Dlatego trwałe osłabienie współpracy Polski i Ukrainy zwiększa ryzyko, że o przyszłości regionu będą w większym stopniu decydować inni. W tym scenariuszu Ukraina zostanie sprowadzona do roli ekonomicznej strefy buforowej i źródła taniej siły roboczej, a Polska zostanie geopolitycznie okrążona i zmarginalizowana. Berlin i Moskwa wspólnie ograją nasz region, wykorzystując naszą własną, ślepą emocjonalność.
Zadanie dla SBU i ABW: kto pisze ten scenariusz?
Skoro mechanizm tej prowokacji jest tak ewidentny, czas zadać fundamentalne pytanie o rolę służb specjalnych w ochronie strategicznego sojuszu. To nie jest zadanie wyłącznie dla polskich struktur. Ciężar odpowiedzialności spoczywa tu przede wszystkim na ukraińskim kontrwywiadzie (SBU), a w mniejszym, komplementarnym stopniu na polskiej ABW.
To ukraińskie służby cywilne muszą bezwzględnie przecinać kanały operacyjne, którymi Moskwa stymuluje radykalne, antypolskie narracje na Ukrainie. Pojawia się jednak znacznie mroczniejsze pytanie z zakresu twardej gry wywiadowczej: a co, jeśli ta sytuacja nie jest wyłącznie efektem rosyjskiej infiltracji? W kuluarach geopolitycznych coraz głośniej stawia się hipotezę o roli ukraińskich struktur odpowiedzialnych za operacje psychologiczne. Jeśli generał Budanow i ukraiński wywiad wojskowy (HUR) świadomie akceptują lub podsycają tę grę – uznając, że kontrolowane zaognianie relacji z Warszawą to dopuszczalny koszt budowania syndromu oblężonej twierdzy i stymulowania powrotów migrantów – to mamy do czynienia z porażającą krótkowzrocznością.
Zadaniem polskiej ABW nie jest w tym układzie pouczanie ukraińskich partnerów, ale twarda, asymetryczna kontra. Polski kontrwywiad musi monitorować krajowych dystrybutorów tych emocjonalnych pułapek i jasno dać do zrozumienia partnerom z Kijowa, że igranie z nastrojami społecznymi w Polsce to przekroczenie czerwonej linii, które pozbawia Ukrainę kluczowej osłony logistycznej. Prześwietlenie finansowania i powiązań skrajnych liderów opinii to dziś nie kwestia cenzury, ale elementarnej higieny obu państw.
Odpowiedzialność pióra: lekcja Adamskiego i nacisk na edukację
W tym toksycznym klinczu potężna odpowiedzialność spoczywa na publicystach i ekspertach po obu stronach granicy. Zamiast ślepej pogoni za zasięgami i klikbajtami podpalającymi emocje mas, media muszą wreszcie zacząć pełnić funkcję edukacyjną.
Doskonałym drogowskazem są tu analizy i działalność publiczna takich badaczy jak Łukasz Adamski. Przekazują one bezcenne, chłodne informacje oparte na faktach, a nie na mitach. Rola odpowiedzialnego publicysty – zarówno polskiego, jak i ukraińskiego – polega dziś na zdecydowanym nacisku na edukowanie własnego społeczeństwa. Ukraińscy autorzy muszą uświadamiać swoim odbiorcom, dlaczego relatywizowanie Wołynia i państwowy kult zbrodniarzy jest dla Polaków barierą egzystencjalną. Polscy komentatorzy mają z kolei obowiązek uczyć czytelników odporności na rosyjską dezinformację i wdrażać twarde myślenie geopolityczne. Jeśli publicyści porzucą misję edukacyjną na rzecz tożsamościowej publicystyki, debata społeczna na zawsze pozostanie zakładnikiem prymitywnego emocjonalizmu.
Jak wyjść z tego kanału?
Czas najwyższy przejrzeć na oczy po obu stronach granicy, zanim obudzimy się w nowej, narzuconej nam rzeczywistości.
Ukraińskie władze muszą w końcu pojąć, że budowanie tożsamości państwowej na toksycznych mitach i ignorowanie polskiej wrażliwości to nie jest cena, którą warto płacić za realizację bieżących celów politycznych. Można odnieść wrażenie, że w krótkofalowym interesie Kijowa leży dziś sztuczne podsycanie radykalnych nastrojów i budowanie muru między polskim a ukraińskim społeczeństwem. To cyniczny mechanizm „zgromadzenia wokół flagi”, który ma skonsolidować zmęczone wojną społeczeństwo wokół władzy. Co więcej, chłodna kalkulacja demograficzna może sugerować, że im gorsza atmosfera wokół Ukraińców w Polsce, tym większa presja na ich powrót do kraju – do pracy i do wojska, których Kijów dramatycznie potrzebuje.
To jednak ślepy zaułek. Przez taką taktykę Kijów traci jedynego bezwarunkowego sojusznika w regionie i wchodzi w rolę petenta Berlina, który przy pierwszym lepszym gospodarczym resecie zmieni wektor swojej polityki wobec Moskwy. Nowym mitem założycielskim Ukrainy muszą stać się współcześni bohaterowie obrony przed rosyjską inwazją, a nie postacie, które skazują ten kraj na geopolityczną samotność.
My z kolei musimy wznieść się na poziom twardego realizmu politycznego. Domaganie się prawdy o Wołyniu i ekshumacji ofiar jest naszym świętym obowiązkiem, ale realizacja tego celu nie może odbywać się kosztem całkowitego paraliżu strategicznej współpracy. Emocjonalna ślepota i obrażanie się na Kijów wpycha go dokładnie tam, gdzie chcą nasi najwięksi rywale. Jeśli nie zaczniemy rozdzielać polityki pamięci od twardej geopolityki, zamiast podmiotowymi architektami nowego układu sił, staniemy się tylko bezwolnymi świadkami nowego, bezwzględnego rozdania między Berlinem, Kijowem a Moskwą.
Krystian Wokulski
Jeżeli ten felieton skłonił Cię do zadania kolejnych pytań, warto samodzielnie sprawdzić np na perplexity lub Google:
• Operacja „Trust” (Operacja „Zaufanie”) – jak Sowieci stworzyli fałszywy ruch oporu i oszukali zachodnie wywiady.
• Aktywne środki (Active Measures) KGB – jak państwa prowadzą długoterminowe operacje wpływu.
• Reflexive Control (Sterowanie refleksyjne) – rosyjska doktryna wpływania na decyzje przeciwnika.
• Maskirowka – rosyjska sztuka dezinformacji i kamuflażu strategicznego.
• Nord Stream i Ostpolitik – jak polityka energetyczna wpływała na bezpieczeństwo Europy.
• Operacje wpływu w mediach społecznościowych – jak emocje stają się narzędziem geopolityki.
• Polityka pamięci historycznej – dlaczego państwa wykorzystują historię jako instrument polityki.
Najlepszą ochroną przed dezinformacją nie jest bezkrytyczna wiara w jedną narrację, lecz umiejętność zadawania właściwych pytań.